PROLOG: Koniec świata zapowiedziano milczeniem

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.
Czesław Miłosz, Piosenka o końcu świata


Rinowi wcale nie przeszkadzało, że jego towarzysz podróży, nie odezwał się do niego słowem, odkąd... cóż, właściwie to nigdy nic nie powiedział. 
Byli mniej więcej w tym samym wieku i chłopiec, tak samo jak Rin, był niezwykły. Miał błękitną skórę, białe włosy, granatowe paznokcie i rzucał cień w przeciwną stronę. Aimianie byli niezwykle rzadko spotykani, nazwet rzadziej niż ludzie Rina, i cieszyli się złą sławą czarnoksiężników posiadających niezwyciężone moce, omenów i przynosicieli wszelkich nieszczęść a w najgorzym wypadku potomków niszczycielskich istot z innego wymiaru. Nie do końca rozumiał ten fenomenom - sam nie widział w swoim towarzyszu nic niezwykłego.
Spotkali się w drodze gdzieś na środku azirskiej pustyni, kiedy Rin kolejny raz uciekł od swojego pana. No może nie był to do końca środek. No, w sumie nie była to też pustynia. Aimianin narysował mu na piasku dziwny rysunek zamku i pomachał patykiem w powietrzu. Wtedy zrozumiał, że ten niebieskoskóry chłopiec powinien zostać jego najlepszym przyjacielem.
Kali, bo tak nazwał swojego kolegę, wydawał się nie tylko nie mówić, ale także nie rozumieć słowa po azirsku. Rin w głębi duszy wiedział, że wielkie serca i wielkie umysły i tak znajdą sposób, żeby się porozumieć i od tej pory podróżowali razem. Kali wydawał się zadowolony z towarzystwa kogoś kto mówi w tutejszym języku, a Rin cieszył się, że tym razem ma dokąd podążać, a nie tylko skąd uciekać. I tak głupi prowadził niemego, do zamku na piasku, do którego drogi żaden z nich nie zna.
Gdziekolwiek jest ten zamek, pomyślał, patrząc jak Kali pokazuje kartkę ze swoim krzywym rysunkiem jednemu ze sprzedawców. Najważniejsze, żeby przekroczyć azirską granicę.
Na tym właśnie polegał jego problem. Czarne pokryte futrem uszy i ogon w azirze zdradzały go jako niewolnika. Nawet, jeśli udało mu się uciec od pana, zaraz był łapany przez straż miejską i znów sprzedawany w niewolę. Poza azirem, w większości krain, niewolnictwo jest nielegalne - a tam gdzie jest legalne, potrzebowaliby czegoś więcej niż uszu i ogona, żeby móc go zniewolić i sprzedać.
Do tej pory, jeśli ktoś pytał, mówił, że jest niewolnikiem Kaliego. Jak do tej pory nikt nie kewstionował tego czy Aimianie mięli prawo do posiadania niewolników w Azirze, większość była zbyt zajęta szukaniem ochronnych amuletów, szeptaniem modlitw czy wyklinaniem ich.
Kali wrócił zrezygnowany i usiadł obok Rina na pustej skrzyni należącej do jednej z lokalnych gospód. Zgniótł kartkę i rzucił ją w kąt ulicy.
- Na prawdę zależy ci na tym zamku - powiedział, wiedząc doskonale, że Aimianin i tak go nie zrozumie. Poklepał go pocieszycielsko po plecach. Sam zeskoczył ze skrzyni i złapał ukurzoną piaskiem kartę z podłogi. Rozprostował ją dokładnie i przyjrzał się rysunkowi. Jakby spojrzeć na niego pod tym kontem to wygląda jak drzewo. A jak obrócić tą kartkę do góry nogami to przypomina gołą panią z nogami w misce. Właściwie to z żadnej strony nie wygląda na zamek. Cóż... może na tym polega problem młodego Aimianina?

* * *

Przebył cały kontynent, przeszedł przez lasy, równiny, pustynie, wzgórza, góry, przeżył niezliczone dni na kupieckich statkach tylko po to, żeby stanąć na brzegu Nadrilu i machać jak szaleniec w kierunku morza. Większość ludzi zbywała go albo próbowała mówić do niego w językach, których nie rozumiał. Dopiero kiedy znalazł kapitana Kvedzkiego statku kupieckiego udało mu się dowiedzieć, że do Aimii, którą próbował wskazać, nie wypływają żadne statki, a te które wypłynęły, nigdy nie wróciły.
Spędził na brzegu kilka dni, mając nadzieję, że przy sprzyjającej pogodzie będzie mógł zobaczyć chociażby niewielki fragment wyspy na horyzoncie. Jednak to nie tęsknota za nigdy nie widzianą ojczyzną czy pragnienie bycia wśród swoich popchnęła go tak bardzo w desperację, że przebył samotnie cały kontynent i teraz nie wiedział co dalej robić.
Był to koniec świata.
Chciał ostrzec Aimian, powiedzieć im, że muszą zebrać armię, szykować się do odparcia wroga, ostrzec pozostałe narody. Ale, kiedy teraz o tym pomyślał, jak miałby to im powiedzieć? Nie mówi w żadnym języku, a biegle rozumie i pisze tylko po Kvedzku. Z Aimiańskiego niewiele pamięta.
Kiedy ponad dwa tysiące lat temu przeklęto jego rasę, Ci, którzy byli wtedy na kontynencie stracili kontakt z Aimią na zawsze. Pozostawały mu jedynie opowieści matki o niesamowitych zwierzętach, kolorowych kwiatavh i niezwykłych owocach, które można było spotkać tylko tam.
Pieprzeni ludzie, przeklnął w myślach. W sumie nie mógł inaczej. Najpierw do wy nas przeklnęliście, a teraz oskarżacie o rzucanie zaklęć na wasze dzieci i obwiniacie o każdy kamyk w bucie?
Wtedy postanowił znaleźć wieżę sam, zanim zrobi to wróg. Jeśli spotka jakiegoś Aimianina powie mu o końcu świata. Najstarsi z tych, którzy żyją na kontynencie na pewno pamiętają gdzie to jest. I niech fortuna będzie przychylna i pozwoli znaleźć Aimianina który rozumie po Kvedzku!
Spojrzał nieprzychylnie na Rina, swojego nowego towarzysza podróży, który bawił się jego rysunkiem wieży w sposób sugerujący, że nie wiele z niego rozumie. Uszaty nie był zbyt bystry, ale wydawał się z jakiegoś powodu zdeterminowany pomóc w misji, czasem samemu pokazując rysunek przypadkowym osobom. Czasem musieli przedstawiać całe pantomimy, żeby jakoś się porozumieć, ale myśli o tym, że ktoś nie patrzy na niego tak jakby był najobrzydliwszą rzeczą na świecie zdecydowanie działała na korzyść Rina. 
Próbował mu wytłumaczyć, że mają mało czasu, że świat może się znowu skończyć, ale bezskutecznie. Dzieci wokół biegały, mężczyźni i kobiety opuszczali rodziny, żeby zapracować na chleb tego dnia, w gildii skrybów naprzeciwko ludzie dyktowali listy, które miały zostać wysłane mieszkającym daleko krewnym, a których mogą nie zdążyć przeczytać. Nie mógł zagwarantować, że świat nie skończy się zanim on dokończy swoją myśl. Że zobaczą rano wschód słońca. Że "później" w ogóle jeszcze coś znaczy. Było to frustujące, tak, nawet bardzo, ale było do zniesienia.
Czy ktoś jeszcze wie? Czy zdąży komuś o tym powiedzieć? Czasem, gdy zamykał oczy do snu, zastanawiał się czy nie jest jedyną osobą, która w chwili końca będzie wiedziała, że nadchodził.
I to go przerażało.