Nie wszystko złoto co się świeci,nie wszystko co ważne cenę ma jakąś,złotego śmiechu dzieci nie kupisz za pieniądze,nie w srebrze leży złotych chwil wartość,tej złotej myśli chodźbyś chciał nie odsprzedasz,i gdybyś duszy swej poznał wartości,za pieniądze, cóż, ją możesz sprzedać.I gdy straciłeś całe swe złoto,złotych oczu matki nie zobaczysz już wcale,niebieski smutek zabił twe chęci,niebieskie były tygodnie całe,i gdy niebieską kartą oddałeś nieswoje srebro,okrótnie niebieską dostałeś karę,krew twą przelano, o zgrozo, niebieską,niebieskim siniakiem ozdobiono ramię.Ludzie cię widzą na niebiesko i złoto,gdy ty do siności zduszasz co jeszcze żyje,od szklanej krawędzi do dna podróżując,próbując przypadkiem odsprzedać swe życie.Białymi słowami raczą cię w barze,by mówić co myślą zbyt przerażeni,lecz niewypowiedziane słyszysz słowa duszy,każde z nich resztki ciebie kruszy,one wciąż powtarzają żeś kat, żeś bez serca,że nie będzie nigdy bohaterem morderca.
Ja, Bo Mogę
Jego poddani zawsze uważali, że był dobrym królem. Władając niewielkim państwem-miastem udało mu się nie narobić sobie wrogów. Większość za pewne uważała go za niezbyt bystrego, ale szczodrobliwego prawodawce. Zyskał taką opinię fundując i stawiając szpitale, szkoląc najlepszych lekarzy na kontynencie i upraszczając poprzednio skąplikowane procedury. Praktycznie nie miał żadnej siły militarnej, nie taką na światowym poziomie.
Jeszcze.
Szedł przez miejsce, które jeszcze nie dawno było polem bitwy. Sześciu z siedmiu arcyksiążąt Kved prowadziło wojnę domową od conajmniej dwóch miesięcy, w różnych miejscach, niszcząc zborza i zabijając morale własnych armii. Ostatnim miejscem pojedynku była niewielka równina nad samym morzem, dwa dni drogi od stolicy Vedenaru. Towarzyszyły mu skryby i jego osobisty królewski lekarz.
Gdzie nie spojrzał widział żołnierzy wszystkich sześciu armii, pracujących razem nad godnym pochówkiem dla poległych kamratów czy odpoczywających w niewielkich grupach. Niemalże czół ich urazę i wściekłość. Stracili przyjaciół, rodziny, domy i własne zdrowie nie po to by bronić się przed najeźdźcami, a z powodu zachłanności swoich arcyksiążąt. Czuli się zdradzeni przez własnych władców.
Ale jego pokochali, szczodrobliwego władcę odległego miasta, który przybył żeby dostarczyć chirurgów dla rannych niezależnie od stronnictwa i pocieszycieli dla tych, których umysły nie wytrzymały okrócieństw wojny. Żołnierze niezależnie od noszonych barw salutowali mu z wdzięcznością i oddaniem, którego niewielu generałów miało okazje otrzymać. Nawet, jeśli nie był królem Kved, ich życia należały do niego.
Jeszcze.
- Kochają Cię, Thru - rzuciła jego najstarsza skryba i dobra przyjaciółka. - Tak jak zaplanowałeś. Mimo to powinniśmy się pospieszyć, Król umiera.
- On umiera od conajmniej pięciu lat - zauważył, ale przytaknął w roztargnieniu głową. Obecnie królem był Lyn Valam, ale staruszek długo nie pociągnie. Pozostała piątka z walczących arcyksiążąt nie żyje. Siódmy arcyksiąże, Aladar, wycofał się po miesiącu walk. Albo raczej został zmuszony do wycofania się przez niego. Tak długo jak córka arcyksięcia żyje, Thruvil ma tą dwójkę w kieszeni.
Jeden z pozostałych przy życiu oficerów Valama zaprowadził go w głąb obozu wojskowego do centralnego namiotu dowodzenia. Nad nim łopotała chorągiew Kved, a zaraz pod nią chorągiew księstwa Valam. Przez całą drogę przez obóz Valama żołonierze wciąż mu salutowali, a cywile zatrudnieni przez armię kłaniali mu się, gdy przechodził.
Oficer wszedł do namiotu jako pierwszy, żeby zapowiedzieć nadejście gości, a po chwili szeroko odsunął poły, pozwalając królowi i jego świcie wygodnie przejść.
Środek był połączeniem namiotu dowodzenia i, najwidoczniej, sypialni króla. Starzec leżał na łóżku przykryty pieżyną i wydawał się niemalże wyschnięty na wiór.
- Ze wszystkich ludzi to właśnie ty przyszedłeś odebrać mi moje królestwo? - wysapał Lyn zanosząc się kaszlem.
- Ono już praktycznie należy do mnie - rzucił od niechcenia.
- Pozostali arcyksiążęta?
- Nie żyją.
- Wszyscy? A Aladar?
- Aladar wycofał się ponad miesiąc temu.
Król zaniósł się kaszlem po raz kolejny. Mężczyzna, który stał do tej pory pod ścianą zrobił jeden krok w stronę łóżka, ale starzec powstrzymał go ruchem ręki.
- Sprytnie to sobie urządziłeś. Teraz, kiedy masz poparcie żołnierzy sześciu armii, Aladar chodźby spróbował nie będzie w stanie odebrać Ci tronu, nie bez ryzykowania buntu. Myślałem, że próbuje poczekać aż w szóstkę się powybijamy i zaatakować. Nie przewidział twojego udziału. Bękart.
Początkowo Thruvil był zbity z tropu tym wyzwiskiem, dopuki nie zdał sobie sprawy, że król przywołuje swojego syna. Mężczyzna podszedł do łóżka i ukląkł przy nim na jedno kolano.
- Kto by przewidział, że ze wszystkich moich synów akurat ty przeżyjesz
- Przepraszam, ojcze.
To miał być nieślubny syn Valama? Okrótny, bezwględny kat i skrytobójca? Ten zatroskany i zrozpaczony młody mężczyzna?
- Zawołaj moje skryby. I przynieś mi króleską pieczęć. Tylko szybko. Chyba, że nawet do tego się nie nadajesz.
Redin Valam przytaknął i zasalutował, po czym spojrzał na gości podejrzliwie, gdy wychodził. Faktycznie, tak jak mówiły raporty, miał jedno niebieskie i jedno złote oko. Fascynujące.
Młodzieniec szybko rozkazał stojącym na zewnątrz strażnikom wejść do środka. Najwidoczniej obawiał się, że Thruvil spróbuje wysłać jego ojca w objęcia śmierci pół godziny wcześniej.
- Więc co powiesz ludziom? Nagle jedna z twoich skryb odkryje twoje prawa do tronu? Przez małżeństwo od strony matki?
- Widzę, że ktoś już wam przeczytał scenariusz, Wasza Wysokość.
- Ha! Jesteś bezczelny! - zawołał król w momencie, gdy pierwsza z królewskich skryb weszła do środka. Bękart wszedł zaraz za nią. - Mianuję tego głupca następcą tronu Kved! Niech będzie przeklęty i zgnije w potępieniu, razem z resztą!
Kolejny atak kaszlu przerwał tyradę Valama, który przywołał swojego syna do swojego boku.
Wtedy wyciągnął spod poduszki sztylet.