Szkoda tylko, że jego syn nie potrafił tego docenić i tu posprzątać.
Pierwszą rzeczą, którą z całą pewnością musiał odłożyć na odpowiednie miejsce jest czarna, skórzana torba, którą zostawił wczoraj na fotelu po powrocie z pracy. Złota tabliczka uczepiona klapy była grawerowana jego imieniem i nazwiskiem. Poznał wielu ludzi, którzy uważają, że praca adwokata jest nudna i w głębi ducha sam się z nimi zgadzał. Nie chodziło mu jednak o to, by się dobrze bawić. Wybierając ten zawód myślał o wyżywieniu swojej rodziny i odnoszeniu sukcesów. Po kilku latach otworzył własną kancelarię adwokacką, której poświęca cały swój swój czas. Zostawia synowi pieniądze na obiad i wychodzi wcześnie rano, a wraca późną nocą, gdy chłopiec już śpi. Lub nie wraca wcale.
Przez chwilę w jego umyśle pojawiła się myśl, że to przez jego przedłużające się nieobecności Joel oddalił się od niego i tylko bariera ekonomiczna nakazuje chłopakowi używania "tato" zamiast "proszę pana". Ludzie mówią, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale oni są całkowitym przeciwieństwem tej teorii. Hugh Morgan był dumnym Brytyjczykiem i anglikaninem. Kim był jego syn? Uważał się za Irlandczyka, chodził na msze do katolickiego kościoła, potrafił powiedzieć ojcu w twarz, że Irlandia Północna powinna zostać wyzwolona spod korony, połączyć się z Irlandią. Podczas ostrzejszych kłótni mówił, że nienawidzi wszystkich Brytyjczyków. Opierał się wszystkim próbom nawrócenia na religię ojca, odmawiał uczęszczania do publicznych szkół, terrorystów z IRA nazywał wyzwolicielami. Jakim cudem ojciec i syn mogą się różnić aż tak bardzo?
Geny matki, tłumaczył sobie wyciągając z pudełka kolejne duperele i kładąc je na kominku. Z pewnością nie jest to wina złego wychowania.
Nie wiedział czy to przypadek czy może raczej zrządzenie losu, ale w chwili gdy o tym pomyślał jego ręka spoczęła na jego ślubnym zdjęciu. Ze względu na różnice religijne nie zdecydowali się na ceremonię kościelną. Siobhan kochała i szanowała męża, nie pozwoliła, by różnice zrujnowały ich wspólną przyszłość. Joel był bardzo do niej podobny. Ten sam odcień skóry, złociste włosy, rysy twarzy czy chociażby kształt oczu. Był tak samo uparty jak ona. Stracił ją dwa lata po ślubie, gdy na świat przyszedł ich syn. Miała niewykrytego tętniaka w mózgu, który pękł na skutek skurczy i parcia podczas porodu. Zdążyła jedynie spojrzeć na synka i wymówić cichutko imię, które chciała mu nadać. Cian. Tak miał na imię dziadek Siobhan. Hugh nie uszanował jej życzenia, bo chciał wychować potomka po swojemu, jako Brytyjczyka, odciąć go od irlandzkich korzeni. Próbował nie myśleć o tym, że gdyby Joel nie przyszedł na świat jego ukochana żona wciąż by żyła, ale nie zawsze mu to wychodziło.
Nienawidził tego dzieciaka.
Usłyszał przekręcanie klucza w zamku i skrzypnięcie drzwi. To nie był odpowiedni moment na przyjazną rozmowę tatusia z synkiem. Nie teraz, kiedy w Hugh od nowa rozlewała się gorycz. Starał się nie myśleć o tym, że chłopak zaraz zacznie pyskować czy ignorować ojca, tak jak miał w zwyczaju. Nie mogą się do siebie nie odzywać, ale jeśli chłopak nie zmieni swojego nastawienia to doprowadzi to jedynie do kolejnej kłótni.
- Gdzie byłeś? - Warknął na pierworodnego, gdy ten tylko przekroczył próg salonu. Powinien znać swoje miejsce.
- Jest niedziela, jakbyś nie zauważył. Co mogę robić w niedzielę? - odpysknął Joel siląc się na obojętny ton. Jego postura nie odznaczała się jakoś szczególnie na tle innych chłopców w jego wieku. Hugh wielokrotnie rzucał w jego stronę nieprzyjemne komentarze o przydługich włosach, ale mimo to chłopiec nie zdecydował się na to by je ściąć. Miał bystre niebieskie oczy, delikatną twarz, nawet gładką cerę, wszystko to odziedziczył po matce.
Po jego Siobhan.
- Milcz jak do mnie mówisz! - Podniósł głos, nie przejmując się, że to co powiedział jest całkowicie bezsensowne. - Co ty sobie wyobrażasz? Że możesz się szlajać po mieście nie mówiąc mi nawet, że wychodzisz?!
- Robię to od zawsze. - Joel uśmiechnął się z przekąsem. - Mogłeś jednak tego nie zauważyć, bo rzadko widuję Cię w domu.
Geny matki, tłumaczył sobie wyciągając z pudełka kolejne duperele i kładąc je na kominku. Z pewnością nie jest to wina złego wychowania.
Nie wiedział czy to przypadek czy może raczej zrządzenie losu, ale w chwili gdy o tym pomyślał jego ręka spoczęła na jego ślubnym zdjęciu. Ze względu na różnice religijne nie zdecydowali się na ceremonię kościelną. Siobhan kochała i szanowała męża, nie pozwoliła, by różnice zrujnowały ich wspólną przyszłość. Joel był bardzo do niej podobny. Ten sam odcień skóry, złociste włosy, rysy twarzy czy chociażby kształt oczu. Był tak samo uparty jak ona. Stracił ją dwa lata po ślubie, gdy na świat przyszedł ich syn. Miała niewykrytego tętniaka w mózgu, który pękł na skutek skurczy i parcia podczas porodu. Zdążyła jedynie spojrzeć na synka i wymówić cichutko imię, które chciała mu nadać. Cian. Tak miał na imię dziadek Siobhan. Hugh nie uszanował jej życzenia, bo chciał wychować potomka po swojemu, jako Brytyjczyka, odciąć go od irlandzkich korzeni. Próbował nie myśleć o tym, że gdyby Joel nie przyszedł na świat jego ukochana żona wciąż by żyła, ale nie zawsze mu to wychodziło.
Nienawidził tego dzieciaka.
Usłyszał przekręcanie klucza w zamku i skrzypnięcie drzwi. To nie był odpowiedni moment na przyjazną rozmowę tatusia z synkiem. Nie teraz, kiedy w Hugh od nowa rozlewała się gorycz. Starał się nie myśleć o tym, że chłopak zaraz zacznie pyskować czy ignorować ojca, tak jak miał w zwyczaju. Nie mogą się do siebie nie odzywać, ale jeśli chłopak nie zmieni swojego nastawienia to doprowadzi to jedynie do kolejnej kłótni.
- Gdzie byłeś? - Warknął na pierworodnego, gdy ten tylko przekroczył próg salonu. Powinien znać swoje miejsce.
- Jest niedziela, jakbyś nie zauważył. Co mogę robić w niedzielę? - odpysknął Joel siląc się na obojętny ton. Jego postura nie odznaczała się jakoś szczególnie na tle innych chłopców w jego wieku. Hugh wielokrotnie rzucał w jego stronę nieprzyjemne komentarze o przydługich włosach, ale mimo to chłopiec nie zdecydował się na to by je ściąć. Miał bystre niebieskie oczy, delikatną twarz, nawet gładką cerę, wszystko to odziedziczył po matce.
Po jego Siobhan.
- Milcz jak do mnie mówisz! - Podniósł głos, nie przejmując się, że to co powiedział jest całkowicie bezsensowne. - Co ty sobie wyobrażasz? Że możesz się szlajać po mieście nie mówiąc mi nawet, że wychodzisz?!
- Robię to od zawsze. - Joel uśmiechnął się z przekąsem. - Mogłeś jednak tego nie zauważyć, bo rzadko widuję Cię w domu.
